Travellerspoint Blogi z podróży

Indyjskie smaki

i smaczki:)

storm 30 °C

Tym razem opisze wrazenia z naszego pobytu w Hyderabadzie, pracy jako wolontariusze oraz pare slow o Indiach jakich doswiadczylismy do tej pory.

Wyjezdzajac zdawalismy sobie sprawe ze Indie to specyficzny kraj, kolejne tygodnie i wydarzenia zdawaly sie tylko utwierdzac nas w tym przekonaniu. Podobnie podczas pierwszego dnia konferencji przygotowujacej nas jako wolontariuszy zostalismy poinformowani o kilku rzeczach, ktore warto wiedziec o Indianach i ich kulturze:

Najwazniejsza rzecz to poczucie czasu. Indianie go nie posiadaja. Wlasciwie nie wiem po co nosza zegarki. Umawianie sie na konkretna godzine jest wiec absolutnie pozbawione sensu. Najkrotsze spoznienie jakiego mielismy przyjemnosc doswiadczyc to ponad 1,5h kiedy nas odbierano z dworca. Z tego tez wynika calkowite marnowanie czasu. Najgorsze ze w tym wypadku naszego czasu. A dlaczego Indianom to nie przeszkadza o tym za chwile opowiem. By zalatwic jedna sprawe musimy poswiecic na to prawie caly dzien a mimo to jest sie calkowicie wyczerpanym. Chocby dzisiaj, gdy kupowalismy bilety na powrotne pociagi. Pawel dla siebie i Marty do Mumbaju, ja do Delhi. On zalatwil to szybko i bez problemu, natomiast kiedy ja chcialem kupic bilet, pojawily sie gigantyczne klody pod nogami. Nie wiem czemu czlowiek w okienku uparl sie ze musi miec kopie rosyjskiej wizy, ktora dwa lata temu utracila waznosc. Wiec pytam sie dlaczego jej potrzebuje i pokazuje mu ze przeciez najwazniejsza strona paszportu jest na poczatku wraz ze zdjeciem i ze wiza indyjska, ktora moglaby go ewentualnie interesowac, jest wbita gdzie indziej. Odeslany jestem do drugiego okienka w ktorym siedzi szef, on tez mi nie potrafi wytlumaczyc dlaczego tak bardzo potrzebuja kopii mojej czterodniowej, nieaktualnej rosyjskiej wizy. Nie jestem w stanie im przekazac (wskazujac palcem) nawet tego ze ta wiza jest juz od dwoch lat niewazna, zupelnie jakbym rozmawial z ograniczonymi umyslowo ludzmi, a przeciez w tym wypadku nie bylo bariery jezykowej, bo mowili obaj komunikatywnie po angielsku. To przypomina troche rozbijanie muru glowa. Do tego wszystkiego Indianie wpychaja sie z prawej i lewej strony, nie ma mowy o jakiejkolwiek prywatnosci. Oddaje wiec paszport by skserowali sobie co chca. Nie maja ksera w biurze. Po odwiedzeniu trzech budykow, do ktorych po kolei bylem kierowany przez kolejnych Indian (o tym czemu tak sie dzieje rowniez za chwile) i straceniu 15 minut znajduje w koncu ksero. Dlaczego potrzebowali ksera tej wizy i to akurat odemnie, nie potrafie do tej pory wytlumaczyc. Przeciez Lauro tez mial nieaktualna wize rosyjska i go nawet nie poprosili o pokazanie paszportu Marty. To jest prawdziwa szkola cierpliwosci i pokory, rozmawiajac tutaj z ludzmi czesto sie gryze w jezyk by im nie wygarnac. Najlepsi sa jednak kierowcy motoriksz, ktorzy spadaja z nieba z kosmicznymi cenami (bywa ze i z bezczelnym prawie 3000% przebiciem ceny transportu na miejsce za pomoca autobusu) i zatrzymuja nas na kazdym kroku, ale nigdy wtedy kiedy potrzeba (pada ulewny deszcz, jest gigantyczny korek a my musimy dostac sie na stacje autobusowa ktora zamykaja za pol godziny, wtedy kazdy kreci glowa i odjezdza) a kiedy stoimy na przystanku i wypatrujemy autobusu potrafi przyjechac dwudziestu (po kolej, kazdy widzac jak splawiamy poprzednikow) i beda nawet probowali zrozumiec jezyk polski bysmy tylko wsiedli do ich rikszy.

Pare slow o marnowaniu czasu. Indianie maja go chyba najwyrazniej za wiele. Szczegolnie w Delhi bylo to dobrze widoczne, po prostu cale tlumy ludzi ludzi nie robiacych nic, siedzacych, rozmawiajacych, zujacych tyton, lezacych gdzie popadnie. Nie potrafie odpowiedziec na pytanie co oni wlasciwie robia w zyciu. W pewnym sensie jest to dosc zrozumiale, niemozliwe jest przeciez zapewnienie tylu ludziom odpowiedniej ilosci miejsc pracy, co nie zmienia faktu ze oni sami nie probuja nawet tego zmienic. W wyniku tych okolicznosci mozna zobaczyc takie paradoksy jak zawod otwieracza drzwi (facet w mundurze stoi caly dzien przy drzwiach i otwiera je wszystkim), zawod windziarza (stoi w windzie i caly dzien wciska przyciski), zawod straznika bankomatu (siedzi caly dzien na plastikowym krzeselku i obserwuje bankomat) i jest jeszcze pewnie pare innych, rownie bezsensownych zawodow, ktorych nie mielismy okazji zobaczyc. Rownie powszechne jest tworzenie calych sztabow ludzi do zalatwienia jednej sprawy. Dzieki temu wiecej ludzi ma zajecie, sprawa sie wydluza albo zostanie opacznie zalatwiona, albo nie zostaje nigdy zalatwiona. Dlatego w Indiach jesli chcesz cos zalatwic najlepiej to zrobic samemu, tylko prawdopodobnie stracisz duzo czasu, energii i stargasz sobie nerwy. Wszystko co sie tutaj robi jest niezwykle nieefektywne (nie mam pojecia jakim cudem Indie sa jedna z poteg gospodarczych). Kwintesencja tego jest miotla, ktora mamy w mieszkaniu (znalezienie normalnej europejskiej miotly zajelo mi prawie tydzien, byla to ostatnia sztuka w dodatku lekko nadlamana). Miotla indyjska jest tak skonstruowana ze gdy zamiatasz, musisz sie zginac w pol do kata prostego. Jej wlosie, przypominajace konski ogon, zamiata bardzo mala powierzchnie i trzeba to robic bardzo delikatnie, bo w przeciwnym razie poslesz wszystkie smieci na drugi koniec pokoju i trzeba bedzie wszystko zaczynac od nowa. Z drugiej strony jest ona za duza by jej wygodnie uzywac do nakladania na zmiotke. Jest ona dokladnie taka jaka miotla nie powinna byc. Wszyscy jej tutaj uzywaja. Czasem wydaje mi sie ze zostala ona skonstruowana specjalnie z mysla o kobietach, ktore nie prowadza szczegolnie aktywnego zycia publicznego (zarowno mluzumanki jak i hinduski) i przewaznie siedza w domach. To tez jest ciekawa sprawa, bowiem w wyniku tego na ulicach sa prawie sami mezczyzni, ktorym brakuje czulosci w ciagu dnia. Co za tym idzie trzymaja sie za rece, obejmuja sie, siadaja sobie na kolanach, wyglada to jakby co najmniej cala meska czesc Indii byla homoseksualna. Liczba urodzen jednak na to nie wskazuje:P

Jesli zas chodzi o mentalnosc Indian, mialem kiedys okazje rozmawiac w autobusie z Babu. Babu byl w naszym wieku, skonczyl szkole srednia i byl zolnierzem. Mial wiec prace, co prawda siedzial w niej i pilnowal bramy, no ale to zawsze lepsze niz nicnierobienie. Mial tez dziewczyne ktorej nie kochal i z ktora nie lubil spedzac czasu, tak przynajmniej zrozumialem z jego lamanej angielszczyzny. I ow Babu powiedzial mi cos takiego: „Life is risky, so enjoy every day in your life”. Brzmi znajomo? Mysle ze w Indiach szczegolnie duzo ludzi mogloby sie pod tym podpisac.

Nalezy jednak do tego dodac, ze Indianie sa bardzo pozytywnie nastawieni do zycia i do wszystkich ludzi. Prawie nigdy nie krzycza, nie awanturuja sie, nie bija. Mimo ze na drogach klakson jest w uzyciu bardziej niz powszechnym i mysle ze niektorzy kierowcy mogli by sobie spokojnie zamatowac go na odwrot, tzn, mieli by przycisk ktory by wylaczal permanentny klaskon, to nie spotkalem sie jeszcze z agresja na drodze, a nawet jesli to bardzo krotkotrwala, zakonczona pozdrowieniem i usmiechami. Co przy stylu jazdy Indian jest po protu niesamowite. Jestem pod najwiekszym wrazeniem ze do tej pory nie bylem jeszcze swiadkiem zadnego wypadku, bowiem na drodze panuje jedna zasada, taka, ze nie ma zasad, kazdy jedzie gdzie chce i jak chce.
Przyznam, ze zawsze spotykamy sie z bardzo pozytywnymi rekacjami. Czesto ludzie do nas podchodza sciskaja rece, zagaduja skad jestesmy, oferuja swoja pomoc, chca sobie zrobic z nami zdjecie albo byc na zdjeciu, choc szczerze mowiac na dluzsza mete jest to meczace. Nie ma najmniejszego problemu ze zlapaniem stopa, co czasem jest tutaj jedynym srodkiem transportu. Juz pierwszego dnia zostalismy zaporoszeni na herbate do sasiadow, bo chcialem sie dowiedziec jak przyrzadza sie 'masala tea'. Kiedy stracilem telefon, poszedlem do faceta ktory nas podwozil tego dnia do glownej drogi, w nadziei ze moze wyslizgnal mi sie z kieszeni gdy jechalismy w czworke na tylniej kanapie. On bez mrugniecia okiem dal mi kluczyki do samochodu bym sobie mogl sobie sam przeszukac auto.
Typowa przypadloscia Indian jest nieumiejetnosc mowienia nie. Robia to ze wzgledu na to zeby nie urazic nikogo. Wola powiedziec cokolwiek niz odmowic odpowiedzi. Co wraz z nieumiejetnoscia oceniania odleglosci, czasu i pieniedzy czesto odbijalo sie strata tego wszystkiego po naszej stronie podczas bezowocnych poszukiwan. Kiedy nie potrafia odpowiedziec na pytanie lub nie znaja jezyka zaczynaja kiwac glowa w specyficzny sposob, ktory oznacza wszystko i nic, jednoczesnie czasem usmiechajac sie w taki sposob, ze odslaniaja przednie zeby. Wyglada to tak jakby drwili sobie z rozmowcy, choc w rzeczywistosci tak nie jest.
Niezwykle ciekawym przezyciem byl festiwal na ktory calkiem przypadkiem natrafilismy probujac bezskutecznie znalezc wymiane gotowki. Bylo to jakies hinduskie lokalne swieto i caly tlum na ulicach po prostu tanczyl, spiewal i cieszyl sie, ale robil to w tak szczery sposob, ze nigdy czegos podobnego nie doswiadczylem. Zupelnie jakby jutro mial nadejsc koniec swiata i ludzie swietowali ostatni dzien w swoim zyciu. Tlum nas wciagnal, wszyscy sie do nas usmiechali, klaskali, kazdy chcial nas dotknac, zupelnie jakbysmy byli holywoodskimi gwiazdami, ustawiali sie do zdjec a gromada radosnych dzieci nie odstepowala nas na krok.

Na szkoleniu AIESECu dowiedzielismy sie jeszcze o jednym pojeciu, mianowicie 'jugal' czy tez po polsku 'dżugal', ktore oznacza spontaniczne i improwizowane rozwiazywanie problemow przy uzyciu wszystkich dostepnych w danej chwili srodkow, w internecie znalazem definicje, ze jest to dazenie do prawdy wszystkimi mozliwymi drogami. Podobno jest to sposob radzenia sobie z rzeczywistoscia ktory przyswieca wszystkim Indianom.

Poza tym sam wolontariat jest bardzo indyjski. Dosc mocno rozmija sie jego oficjalny opis z rzeczywistoscia. Mielismy chdzic do szkol by poznac panujace tam realia i stworzyc warsztaty specjalnie przygotowane z mysla o kazdej szkole, teraz sie okazuje ze beda tylko warsztaty. Wlasciwie jest juz 20 dzien wolontariatu i nie zrobilismy nic konkretnego a postawa ludzi a AIESECu Hyderabad nie nastraja do pracy. No ale zobaczymy, jeszcze sie nie skonczyl wiec wszystko przed nami:)

Musze powiedziec ze Indie sa dla mnie gigantycznym wachadlem, gdzie bez przerwy natykam sie na zupelne skrajnosci, ktorym towarzysza po prostu absurdalne i groteskowe sytuacje. To wahadlo jest tez we mnie. Bywaja momenty ze nienawidze tego kraju i ludzi tu mieszkajacych, a bywaja momenty ze nie potrafie wyjsc z zachwytu i zaniemowiwszy patrze szeroko otwartymi oczami na to co sie tutaj dzieje. Nie bylem jeszcze nigdy w takim kraju jak ten.

Bambus

Wysłane przez lauroo 11:26 Kategoria Indie Tagged living_abroad

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint