Travellerspoint Blogi z podróży

Wrazenia z Leh i trekking

sunny 27 °C
Zobacz Incredible India! lauroo's na mapie.

P7302954.jpg

Jak pisal juz Laurencjusz, dotarlismy noca do Leh. Podroz byla bardzo dluga i meczaca, przez 18 godzin przejechalismy niecale 370km na tylnich siedzeniach, ktore przy uwzglednieniu stanu drog i podobnej przypadlosci kierowcy co ostatnio, zamienily sie w katapulty, ktore wyrzucaly nas w powietrze przy prawie kazdym wyboju. Jeszcze dodam od siebie, ze nie wierzylem, ze uda nam siê wyruszyc w ta podroz (biorac pod uwage zapal Indian do pracy), wiec jakiez bylo moje zdziwienie gdy Lauro przybiegl o 4.40 rano z biletami na godzine 5.. to bylo najszybsze pakowanie w moim zyciu:) jeszcze wiekszego zdziwienia doswiadczylem gdy zobaczylem naprawiona droga. Ona byla po prostu bardziej rozgrzebana niz poprzedniego dnia, co nie sprawilo wcale problemow naszemu niezniszczalnemu autobusowi. Zreszta jak sie okazalo przy pokonywania kolejnych kilometrow, ten sposob pokonywania rwacych gorskich rzek jest absolutnie na porzadku dziennym. To wszystko jednak sprawilo, ze Leh wydal mi sie rajem na ziemi. Mimo, ze wieczorem zaczelo kropic (slonce jest tutaj przez ponad 300 dni w roku, a jedyne opady sa w zimie) to miasto poprzecinane mnostwem bystrych gorskich potokow majacych swoje zrodla w lodowach, pelne zieleni, bez gor smieci, smierdzacych rynsztokow i odchodow na ulicach zdawalo sie najpieknieszym jakie widzalem do tej pory. Rano okazalo sie ze nocne wrazenia nie prysly niczym banka mydlana. Leh jest najladniejszym miastem jakie do tej pory zobaczylismy. Jest to opinia zgodna:) Wydeje mi sie tez, ze jesli bysmy przylecieli tutaj samolotem za bajonskie sumy, nie spodobalo by sie nam to miasto tak bardzo. Szkoda ze nie zostajemy tutaj dluzej, no ale musimy odebrac Marte:P

Na treking wybralismy sobie bardzo latwa trase, jak sie pozniej dowiedzielismy byla nawet okreslona mianem „baby trekking”, co nie zmienia faktu, ze uczynilismy ja bardziej przygodowa. Ale o tym za chwile. Pojechalismy o 9 rano lokalnym autobusem, wcisnieci w lokalne babury z twarzami pooranymi sloncem i wiatrem, ktore raz po raz spluwaly za okno z charknieciem przy ktorym nasi lokalni sportowcy wylewajacy sline na polskie chodniki zdawali sie w ogole nie stanowic konkurencji. W zwiazku z tym zapadla decyzja ze zamienimy nasze stojace miejsca 20x20 na siedzace miejsca na dachu. Jak sie okazalo znalezlismy bardzo wygodne siedziska miedzy worem cebuli a tobolami i kartonami tutejszych. Dzieki czemu mielismy nieograniczony dostep do niesamowitych widokow i swiezego powietrza, czego nam troche brakowalo.

Do rodzicow: Droga byla krotka i bardzo dobra, atobus jechal bardzo powoli a my posmarowalismy sie kremem, wiec jazda na dachu nie byla w zadnym wypadku niebezpieczna, biorac pod uwage ze duzo lokalsow zrobilo podobnie jak my.

Wkrotce tez znalezlismy sie w Likirze, miejscowosci w ktorej mielismy zaczac nasz treking. Nie wiem czemu oboje lecz calkiem od siebie niezaleznie, uleglismy przedswiadczeniu ze bedziemy sobie chodzic po lesie i ze bedzie cien, i bedzie bardzo przyjemnie. Okazalo sie jednak ze nasz treking biegnie przez pustynie. Cale szczescie wzielismy sobie duze zapasy wody. Jak sie pozniej rowniez okazalo, pustnia i strzeliste skalne szczyty przecinane sa swoistymi oazami, ktore zasilane sa krystalicznie czystymi, lodowatymi i rwacymi potokami, ktore maja swoje zrodlo w topniejacych lodowcach. Skad wiedzielismy ze woda jest czysta, lodowata i rwaca napisze za chwile. Bo znajomosc faktu, ze pochodzi ona z lodowcow zawdzieczalismy wypytaniu miejscowych. Nie mniej jednak zanlezlismy sie w pierwszej takiej oazie i idac wzdluz niej natrafilismy na gompe, czyli klasztor buddyjskich mnichow. Po zdobyciu wzgorza od frontu (pozniej zobaczylismy ze od drugiej strony prowadza don schody) znalezlismy sie na tylach klasztoru, gdzie stala potezna statua Buddy. Zaraz potem przeszlismy na dziedziniec i jak sie okazalo udalo nam sie trafic na moment gdy mnisi zbierali sie na modlitwe. Musze przyznac, ze spiewna modlitwa mnichow robi ogromne wrazenie. Szczegolnie gdy polszeptane mruczenie przerywane jest jazgotem trab, dudnieniem bebnow i jeszcze paru instrumentow perkusyskych od ktorych drzy caly klasztor i to calkiem z nienacka. Po polsileniu sie w lokalnym domu bardzo dobrym ryzem z curry i warzywami do ktorego podala nam gospodyni przepyszna masala tea (tak nawiasem mowiac nie jadlem rownie dobrego posilku w Indiach) przemoglismy w sobie chec polozenia sie na wygodnych matach i uciecia sobie malej drzemki i ruszylismy dalej. Po kilku godzinach przedzierania sie przez pustynno skalne odcinki, gdzie kilkakrotnie mijalismy modlitewne mury, ktore nalezy obchodzic zawsze majac je po prawej stronie, a ktore zawieraja w sobie modlitwy naskrobane na plaskich kamieniach, trafilismy do kolejnej doliny. Na samym jej poczatku zostalismy ugoszczeni w jurcie, gdzie podano nam bardzo dobra herbate, znajdowal sie tam rowniez fantastyczny sloneczny grill:) Smak herbaty popsul nam odrobine fakt, ze okazalo sie ze most ktorym mielismy sie przeprawic na druga strone zostal zerwany i musimy isc w gore rzeki by szukac jakiejs przeprawy. Nie musielismy dlugo czekac, znalezlismy takowe i nawet spotkalismy tam kilku lokalsow i mlode malzenstwo z Anglii. I wszystko byloby pieknie, gdyby nie fakt, ze calosc przeprawy stanowily cztery sliskie rurki wodociagowe o srednicy 10cm przymocowane do kamieni na brzegach, ktore czesciowo znajdowaly sie pod woda. Zapadla chwila konsternacji, kolejne przejscie przez rzeke bylo mostem drogowym, do ktorego byly cztery godziny drogi a bylo juz w okolicach 18 i mielismy dwie godziny do zmierzchu, ktory by nam byl bardzo nie na reke, bo robi sie wtedy momentalnie ciemno i zimno. Zobaczylismy wtedy ze lokalni przechodza tym 'mostem' calkiem bezproblemowo. Chwile pozniej nasze buty ze skarpetkami ladowaly na sasiednim brzegu, dokumenty i pieniadze ladowaly w wodoodpornych torebkach a my wyladowalismy na sliskich rurkach w lodowatej wodzie. Odbylo sie to bez strat w ludziach, jednak Anglicy zdecydowali sie na obejscie potoku. Inna sprawa, ze nie widzielismy ich pozniej w najbizszej stacji noclegowej do ktorej zmierzalismy. Moze przenocowali sie w namiocie ktorego my nie mielismy, a moze wrocili sie do poprzedniej miejscowosci. Nie wiem. My jednak podazylismy dalej. W blasku zachodzacego slonca, zmeczeni, dotarlismy na wzgorze z ktorego ujrzelismy rozposcierajaca sie w dolinie oaze. Soczystozielone zboze przedzielone bylo niskimi murkami z wypalanej na sloncu blotnej cegly oraz licznymi kanalami z gorska woda. Gdzieniegdzie widac bylo plaskie dachy przysadzistych domow. Byl to widok niezmiernie kojacy nasze zmysly. Bylo to Yangtang, nasz pierwszy nocleg.

Mieszkalismy w dwupietrowym domku zbudowanym z suszonych na sloncu blotnych cegiel i drewnianych bali. Gdyby spadl na niego deszcz to by sie po prostu rozpuscil, ale jak sie okazalo deszcz tam nie padal:) A zjedlismy bardzo dobry ryz ze szpinakiem i soczewica, z dokladkami:)

Jesli nie wspomnialem o tym ze Indianie maja dosc mgliste pojecie o szacowaniu odleglosci i czasu oraz pieniedzy, to mowie o tym teraz i bede o tym pisal za kazdym razem. Wedlug miejscowego przewodnika, ktorego spotkalismy w naszej chatce, trasa na kolejny dzien miala zajac 8-9 godzin i z obawy na transport powrotny wyruszylismy jak najwczesniej, pomijajac odwiedziny w jednej z gomp. Jak sie okazalo byly to obawy zupelnie nieuzasadnione, bo po niecalych 6 godzinach bylo juz po calym trekingu i schodzilismy szosa do najblizszej miejscowosci w poszukiwaniu transportu. Ona z kolei na mapie wygladala na nie wiecej niz 2km i byla z gorki, a szlismy nia prawie dwie godziny, z czego ostatni odcinek pokonalismy autostopem, ktory nas zawiozl prawie ze na miejsce, skad niewiarygodnym szczesciem wsiedlismy prosto do lokalnego autobusu i scisnieci delektowalismy sie pylem, potem i pijanym hindusem (po raz pierwszy widzimy takie zjawisko) przez ponad dwie godziny:)

Meczaca droga zostala wynagrodzona, znowu lutem szczescia znalezlismy super hotelik, funkielnowke, gdzie bylismy trzecimi goscmi, a cena zostala ze starego hostelu, czyli bardzo niska:)

A mi sie udalo zjesc w koncu mieso:) w postaci pysznego szaszlyka:D

P.S. Caly czas nie mamy zasiegu, a internet jest bardzo powolny wiec zdjecia wrzucimy pewnie dopiero w Delhi, a jest ich sporo:D

P7292792.jpgP7292797.jpgP7292801.jpgP7292808.jpgP7292810.jpgP7292813.jpgP7292815.jpgP7292816.jpgP7292836.jpgP7292843.jpgP7302888.jpgP7302889.jpgP7302895.jpgP7302891.jpgP7302897.jpgP7302908.jpgP7302917.jpgP7302921.jpgP7302923.jpgP7302927.jpgP7302928.jpgP7302931.jpgP7302938.jpgP7302940.jpgP7302941.jpgP7302943.jpgP7302944.jpgP7302945.jpgP7302951.jpgP7302959.jpgP7312967.jpgP7312975.jpgP7312976.jpgP7312981.jpgP7312986.jpgP7312987.jpgP7312988.jpgP7312989.jpgP7312993.jpgP7312995.jpgP7312997.jpgP7313001.jpgP7313003.jpgP7313011.jpgP7313013.jpgP7313017.jpg

Wysłane przez lauroo 08:08 Kategoria Indie

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint