Travellerspoint Blogi z podróży

To nie jest kraj dla starych ludzi.

sunny 26 °C

P8023086.jpg

Niesamowicie sie ciesze z momentu opisywania tego dnia (ktory przeciagnal sie do dwoch dni), podczas ktorego przezylismy jak na razie jedna z bardziej szalonych przygod o szczesliwie szczesliwym koncu. Z Bambusem zawarlismy umowe (jako ze oboje bardzo sie emocjonowalismy mozliwoscia sprawozdania ponizszych wydarzen), ze ja skupie sie na prologu, przedstawie bohaterow naszej farsy i zawiaze akcje, zas naszemu drogiemu bialemu Murzynowi przypadnie exodus i katharsis.

A bylo to tak ... Wczoraj skonczylismy trekking, dzis jest nowy dzien wiec wykorzystajmy go pelni. Po porannej pobudce o 6:30 (to chyba to himalajskie powietrze, ktore stawia nas wypoczetych na nogi tak wczesnie) i pozywnym sniadaniu z jaj i tostow postanowilismy sie rodziedlic. Bambus wybral sie na widziana juz przeze mnie gompe (w sensie, ze taka buddyjska swiatynia) na wzgorzu. Fantastyczne miejsce – placi sie jakies grosze za wejscie a potem nikt juz sie turysta nie przejmuje. A ze gompa jest na skarpie i barierek nie ma, to zabic sie nie trudno. Ale kto by sie w Indiach przejmowal takimi szczegolami!
Ja natomiast zdobylem inny szczyt, na ktorym zbudowano stupe (w sensie, ze taki buddyjski monument) i z ktorego rozciagal sie zapierajacy dech w piersiach widok na nasze misteczko-oaze. Bylismy w pustynnej dolinie otoczonej 6-cio tysiecznikami i tylko dzieki polodowcowej rzece zrodzilo sie tu zycie i wybudowano Leh, ach niesmowite!
Kostruktywnie wykorzystujac przedpoludnie udalismy sie pozniej na stacje autobusowa, skad odjezdzal nasz autobus do Srinegaru w Kaszmirze (490km, czyli 15h drogi) i gdzie tak naprawde rozpoczely sie nasze przygody.
Zaczelo sie obiecujaco dobrze. Nasz rzadowy, lokalny autobus super-delux (Hindusi wychodza z zalozenia ze najproszte rozwiazania sa najlepsze. Czyli autobus super-deluxe rozni sie od semi-deluxe tylko NAPISEM, proste pawda ?? :) ) odjechal po raz pierwszy na czas (w rzeczywistosci 30 minut pozniej, lecz w Indiach to jest na czas, ba nawet przed czasem:)) i ekipa, z ktora podrozowalismy zdawala sie byc ciekawa. Przed nami siedzial lokalny biznesmen, ktorego glowna zaleta bylo opanowanie niezywklej, przez wielu zapomnianej albo w ogole niewyuczonej sztuki operowania plynnym jezykiem angielskim. Jego towarzyszem byl jednoreki bandyta a.k.a karzel a.k.a action-men czyli czlowiek ktory podczas pozniejszych wydarzen pakowal sie w sam srodek zdarzen oraz tlumu krzyczac i wymachujac reka (jedna bo tyle mial, i to bez kciuka, a druga zostala ucieta przez maszyne do pilowania drewna). Poza tym, siedzielismy obok 6 izraelczykow, ktorzy zapadna nam w pamiec jako ludzie bezproblemowi nieprzejmujacy sie zadna tragedia (hmm, moze to dlatego ze przez cala podroz i na wszystkich postojach palili haszysz ?? Nie, to chyba jednak nie to ... ). Poznalismy tez dwojke typowych, spokojnych japonczykow i cala zgraje dziesieciu hindusow (co ciekawe wszscy siedzieli w szoferce obok kierowcy. Indie jeszcze raz udowadniaja, ze upakowywanie masy ludzi na malej przestrzeni to ich specjalnosc).
Nie przedluzajac tej opwoiesci – wyjechalismy i jedziemy. Za oknem tradycyjnie moneumentalne, piekne widoki i 13h minelo szybko, sprawnie, wrecz bezproblemowo (pomijajac drobny fakt, ze o 3 w nocy zapsula sie cala elektryka w autobusie, wlacznie ze wszystkimi swiatlami. Ale nasza dzielna ekipa z szoferki poradzila sobie z tym problemem gladko po polgodzinnych sporach i dywagacjach o polityce). Jest 7 rano, do celu pozostalo nam ok 70km, czyli 2h jazdy. I tu zaczyna sie prawdziwa, niepowtarzalna jazda. Pierwsza godzina z boska pomoca rozmnozyla sie do 3h, natomiast ostatnia godzina az do 10 :)
Nagle w autobusie zabraklo nam paliwa. Naturalnie wszyscy jestesmy zdziwieni, a najbardziej kierowca. No kto by przypuszczal, ze w naszym super-deluxe autobusie moze sie ona kiedys skonczyc. Wydaje mi sie, ze udalo mi sie tez zglebic mysli kierowcy w danej chwili: przeciez to super-deluxe, tu benzyna sie nie konczy! Incredible India jeszcze raz. Na szczescie nasz dzielny kierowca byl takze wyznawca zasady: dopoki walczysz, jestes zwyciezca, co oznacza – dzwonimy po pomoc drogowa i czekamy. Teoretycznie juz po 3h, odholowani pojechalismy dalej, lecz jak sie za chwile okazalo bylo to o 3h czekania za dlugo...

A dlaczego, to juz opisze Bambus ...

Zaczelo sie dosc niewinnie, utknelismy w korku przed jakas wsia. Ze wzgledu na to ze stalismy na serpentynie nie znalismy powodu naszego postoju. Kierowca zgasil silnik. Co poniektorzy wyszli z autobusu (oczywiscie czteropalczasty bandyta wyskoczyl jak z procy i pobiegl obadac sytuacje. W tym momencie jescze nie wiedzialem ze bede musial przezyc caly dzien na herbatnikach. Kiedy wrocili nasi zwiadowcy, okazalo sie ze w nocy w tej miejscowosci zginelo 20 osob. Wyszlismy z autobusu. Nic na to nie wskazywalo, letni, rzeklbym nawet sielski dzien, ludzie chodzili i jezdzili po ulicach. A my stalismy przed wsia i nic sie nie dzialo. Kilka samochodow z korku pojechalo i w koncu i my ruszylismy. Jak sie pozniej okazalo, nieszczegolnie daleko zajechalismy, bo tylko do nastepnego zakretu. Podobno szla ku nam masa protestujacych. Ze wzgledu na to ze Indie to dosc zaludniony kraj nasze pojecie masy moglo sie troche roznic od pojecia masy w Indiach, wiec sie bezpiecznie usunelismy z autobusem na pobocze. Zaczalem wtedy rozmwiac z tym biznesmenem, ktory mial na imie bodajze Namil. Okzazalo sie ze protestujacymi jest ludnosc Kaszmiru (w wiekszosci mluzumanie) ktorzy niejako znajduja sie pod okupacja Indyjska, bo panowanie Indyjskie utwierdzily trzy wojny z Pakistanem. Mial byc plebiscyt, premier Nehru obiecywal, na slowach sie skonczylo. Indie nie odpuszcza tej prowincji, swiadczy o tym chociazby ilosc wojska zgromadzonego w tym rejonie, oraz strategiczne walory tego terenu, na ktory chrapke maja i Chiny i Pakistan. Wiec starzy Kaszmirczycy stajkuja, mlodzi biegaja z kijami i kamieniami, a wojsko indyjskie strzela ostra amunicja i tak jest wlasciwie co roku. Co jak nie trudno wywnioskowac nie prowadzi do niczego. Wlasciwie problem by nas nie dotyczyl, gdyby nie fakt, ze autobus ktorym jechalismy nalezal do rzadu indyjskiego. Wrocmy jednak do masy ludzi ktora sie do nas zblizala. Nie wygladali na szczegolnie zadowolonych. Dzieci byly najbardziej agresywne, starzy szli w milczeniu, a mlodziez cos tam pokrzykiwala. Podeszli do nas, nie bylo ich wiecej jak setka. Pokrzyczeli, pokrzyczeli i sie rozeszli. A my stalismy nadal, nie chcieli nas po prostu przepuscic przez wies. Nie powisili kierowcy na najblizszym drzewie:P Zaluje ze posluchalem jednorekiego i nie zrobilem im zdjec, bo Namil powiedzial mi ze nie ma problemu, wrecz przeciwnie, potrzebuja oni rozglosu, bo media indyjskie raczej niespecjalnie chwala sie zamieszkami i faktem, ze nie bardzo nad nimi panuja.

W przyplywie ciekawosci zabralem wiec Namila i poszlismy w strone centrum wsi, by zobaczyc co sie tam na prawde dzieje. Nie zaszlismy jednak daleko, bo natrafilismy na blokade policyjna. Podszedlem do oficera policji i zaczalem z nim rozmawiac. Z rozmowy wyniklo, ze jesli tylko bedzie jechal konwoj samochodow policyjnych to on go zatrzyma i bedziemy mogli sie dolaczyc i przejechac przez ta nieszczesna wies. Teraz tylko wystarczylo przekonac kierowce-patalacha by sie zapakowal do szoferki i odpalil ten wehikul. Troche czasu to zabralo, glowie dlatego ze jego komunikatywny angielski ograniczal sie do 'yes' oraz dlatego ze wyluzowani haszem izraelczycy nie widzeili potrzeby szybkiego znalezienia sie z powrotem na siedzeniach. Konwoj nadjechal i sie nie zatrzymywal, wsiadali w biegu, szczesliwie jednak dogonilismy policyjne samochody. Po paru zatrzymaniach dotarlismy do duzej blokady, ktorej nie sposob bylo juz przebyc. Zatrzymalismy sie na parkingu w poblizu, jak sie pozniej dowiedzielismy kwatery glownej policji J&K. Stalo tam juz pare samochodow, niektore od kilku godzin. Ktos nam rowniez powiedzial ze mozemy dostac w stolowce jedzenie za darmo. Wiec wyruszylismy, bo bylismy glodni, przeszlismy przez obozowisko namiotow i dotarlismy do stolowki. To byla mala namiastka Delhi, duzo much, smrodu, blota, indyjskiej muzyki i nawet bollywood lecial w TV a jedzenie, jak to darmowe jedzenie bylo niejadalne. Ryz byl tak ostry, ze nie mozna bylo poczuc jego smaku, nawet herbata indyjska, ktora czestowano nas niezadko za darmo i ktora byla zawsze dobra, musiala zostac przez nas grzecznie odlozona. Zapowiadalo sie dluzsze czekanie, wszyscy sie rozeszli. My postanowismy cos zdzialac, musielismy w koncu zdazyc po Marte, siedzenie w jakims syfnym obozie nie miescilo sie za bardzo w naszym planie, mielismy papiery o wolontariacie wiec poszlismy do policjantow pilnujacych bramy kwatery glownej, popytalismy sie tez innych po drodze i okazalo sie ze komandor wlasnie wracal z obiadu bialym jeepem (oczywiscie straznicy przy bramie zaprzeczyli temu, czasem jestem pod wrazeniem jak Indianie potrafia bezczelnie prosto w twarz klamac, z czym sie juz wielkrotnie spotkalismy, ale to inna historia) my jednak twardo zasiedlismy przed brama tak ze kazdy musial nas przepraszac zeby przejsc. Wkrotce przechodzil tez wyzszy stopniem oficer, z ktorym zamienilismy kilka zdan. Po polgodzinie czekania zostalismy wpuszczeni do srodka, a tam zabawilismy kilka godzin rozmawiajac z calym sztabem i kadra oficerska. Pokazalismy im zdjecia, opowiedzielismy o Polsce, wymienilismy sie adresami i zupelnie nie dalo sie poznac ze sytuacja jest krytyczna a na ulicach gina ludzie, zreszta pytalismy sie czy im nie przeszkadzamy, ale zapawniali nas kilkakrotnie ze tak nie jest. W ciagu tych paru godzin 6 oficerow nie zrobilo zpelnie nic konstruktywnego. W koncu udalo nam sie dotrzec do komendanta jednostki. Bardzo uprzejmie go poinformowalismy o naszych potrzebach, on rownie uprzejmie zapewnil nas ze nasze bezpieczenstwo jest najwazniejsze i nic nie moze zrobic w tej sprawie i ze pewnie dopiero za pare dni sytuacja sie uspokoi. Gdy wyszlismy z jego gabinetu nie zdazylismy jeszcze usiasc, gdy przybiegl chlopak z autobusu z wiadomoscia ze ruszamy, bo drogi sa przejezdne. Pobieglismy jak na skrzydlach. Ot cale Indie.

Mozna by jeszcze wspomniec, ze w drodze do Srinigaru, polecialo pare kamieni w nasz autobus i troche potlukli szyb, jeden Indianin z szoferki dostal w czerep i zakrwawiony wyladowal na moich kolanach, no ale nam nic sie nie stalo poza szklem we wlosach. Zreszta jestem przekonany o tym, ze nie bylo to zamierzone w turystow dzialanie, bowiem w samym Srinigarze nie spotkalismy sie nawet z najmniejszym przejawem wrogosci, wprost przeciwnie ludzie byli bardzo mili. Mielismy po prostu pecha ze bylismy w rzadowym autobusie.

P7302954.jpgP8023059.jpgP8023069.jpgP8023074.jpgP8023079.jpgP8023081.jpgP8023083.jpgP8023104.jpgP8023106.jpgP8023107.jpgP8023108.jpg

Wysłane przez lauroo 00:03 Kategoria Indie

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint