Travellerspoint Blogi z podróży

Stowarzyszenie zbednej prostownicy

sunny 26 °C
Zobacz Incredible India! lauroo's na mapie.

Moja osoba musiała odczekać kilka dni zanim zdecydowała się napisać na blogu jakiekolwiek zdanie.
Jadąc do Indii wydawało mi się, ze skoro przeczytałam kilkanaście dobrych blogów, czy opisów tego kraju, rozmawiałam z ludźmi, widziałam zdjęcia, to właściwie niewiele powinno mnie zaskoczyć. Jestem w Indiach już 5 dni i nadal uczę się jak stawiać tutaj kroki ... dosłownie i w przenośni.
Doświadczyłam wiele z tego co chłopaki opisywali: Delhijski bród, przeludnienie, indyjskie krętactwa na każdym kroku, biedę, żebraków, ostre jedzenie, upały, brak zasad na drodze, czy znaczenie czasu. Jedak to, co towarzyszy mnie osobiście od pierwszej minuty, to sensacja jaką wzbudza moja osoba w tym kraju. Biała kobieta na dodatek w szortach.. kto by pomyślał. Ludzie reagują różnie, wpatrują się, oglądają, robią sobie zdjęcia, czasem uciekają...nie siadają w tuk tuku obok, wręcz wysiadają, nie chcą jechać ze mną w windzie, a innym razem ustępują mi miejsca w autobusie, czy uśmiechają się szeroko.

104_0582.jpg

To czego ja osobiście najbardziej obawiałam się zaraz obok higieny, było jedzenie. Warto nie zaglądać do kuchni, które o dziwo wszędzie są otwarte..wręcz starać się nie myśleć jak przyrządza się tutaj cokolwiek i w jaki sposób. Nie, nie znajdziemy tutaj sterylnego miejsca, które w naszym kraju byłoby zaakceptowane przez mało-spostrzegawczy sanepid. Więc po prostu nie warto szukać.

Jest ostre, ale ja to lubię :) Sztućce..czasem używają.
Jedzenie śniadania w restauracji na dachu w New Delhi, gdzie jak chłopaki twierdzą „jeszcze wczoraj była tutaj balustrada...”
P8063208.jpg
rozpoczyna się od przyjęcia pozycji „widok z przodu, kuchnia z tyłu” a kończy snem spowodowanym zmianą klimatu i jetlagiem.

P8063206.jpg

Jednym z gorszych przeżyć, właściwie pierwszym takim i oby ostatnim jest podróż pociągiem.
Solo – nie polecam nikomu. 27 godzin Delhi-Hyderabad, gdzie ciężko usnąć z upału, hałasu, krzyków sprzedawców i braku widoku cywilizacji.. Wszystkie drzwi naturalnie otwarte a wyskakujący i wskakujący w ruchu ludzie, to też codzienność. Kuszetki niczym z Prison Break.

P8073271.jpgP8073275.jpg

Oczekiwanie na odbiór z dworca to tylko 15 minut .. „indyjskich” rzecz jasna, więc 1,5 godziny później wsiadamy do samochodu.
Mimo wszystko bardzo cieszę się że podroż ta odbyła się, bo wreszcie dotarliśmy do miejsca, które jak już powiedziałam może fascynować. Hyderabad, miasto duże, bardziej cywilizowane, globalizacja otarła się o nie minimalnie, ale zawsze coś. Jest McDonald. Kurczak-burger jest co prawda zielony w środku, ale kawę mają dobrą. Ludzie chodzą w jeansach!
Nie ma o dziwo żadnych ubrań, które można byłoby zakupić jako coś tutejszego w miarę nadające się do noszenia. Europejska odzież, albo totalny odjazd.
Zabytki mogą cieszyć oczy, mnie nie fascynują aż tak. Są zupełnie inne, ładne, ciekawe. Warto zobaczyć, to na pewno. Nie widziałam wszystkiego od środka, bo jeszcze nie jestem na tyle odważna by moja bosa stopa postawiła krok zaraz po stopie indyjskiej.. bleh. Skarpetki w plecaku to podstawa! Ciekawym stworzeniem jest indyjski pies. Wygląda jak lis i każdy jest taki sam.
Krowę widziałam raz, żebraków tysiące razy. Trzeba odliczyć do siedemnastu i powinni odejść.

Wiele widoków przez te kilka dni narodziło we mnie uczucie akceptowalności właściwie na wiele i teraz nie staram się sobie wszystkiego tłumaczyć czy wyjaśniać. Co dziwi mnie, jest normalne tutaj. Jednak niech to pozostanie tutaj...

P8063203.jpgP8063213.jpgP8063217.jpgP8063218.jpgP8063226.jpgP8063242.jpgP8063246.jpgP8063252.jpgP8073287.jpgP8073292.jpgP8083306.jpgP8083307.jpgP8083322.jpgP8083331.jpgP8083347.jpgP8083351.jpgP8083374.jpgP8093378.jpgP8093384.jpgP8093389.jpgP8093390.jpgP8093395.jpgP8093405.jpgP8093408.jpgP8103410.jpgP8103414.jpgP8103420.jpgP8103425.jpgP8103441.jpg

Wysłane przez lauroo 10:16 Kategoria Indie Tagged gay_travel Komentarze (0)

Ostatnia prosta.

sunny 33 °C
Zobacz Incredible India! lauroo's na mapie.

Do Delhi dotarlismy juz bez wiekszych problemow. Przylecielismy tutaj dwa tygodnie temu – wtedy zagubieni, zdenerwowani, ogoleni i przez wszystkich oszukiwani, teraz troszke zawiedzeni, ze przez emanujuacea aure nieumytych backpackerow nie zaczepial nas juz nikt. Tym razem Delhi wygladalo na jakby mniej obce, mniej zatloczone i okropne.
Wydaje mi sie, ze przynajmniej czesciowo poznalismy prawdziwe Indie zwiedzajac zatloczone aglomeracje jak i odlegle Himalaje, czy wreszcie buntowniczy Kaszmir. Szkoda, ze cale Indie nie sa takie jak niektóre miejsca, czyli egzotyczne, z zachwycajacymi widokami i natura, zamieszkale przez pomocnych ludzi.
Dzisiaj tez oficjalnie zakonczylismy zwiedzanie polnocy, szczerze zalujac, ze mielismy tak malo czasu na poznanie wszystkich tych swietnych ludzi i zobaczenie tak niesamowitych miejsc.

Kiedys jeden z kolegow w szkole na lekcji matematyki zapytany o definicje okregu zaczal dziarsko: 'okrag to taka prosta ... '
Takie tez sa Indie, pelne paradoksow i kontrastow - to kraj gdzie jednostki kilometra, pieniadza i godziny to wzgledne pojecia o zmiennej definicji, gdzie problemy rozwiazuja sie same w swoim wlasnym czasie na co ludzie wplywu nie maja, gdzie pytajac na ulicy dowolne trzy osoby o kierunek mozna uzyskac 4 sprzeczne odpowiedzi, gdzie angielski to jeden z dwoch jezykow urzedowych ale plynnie operowac tym kolonialnym jezykiem zdaje sie promil ludnosci, to tez kraj gdzie pasy na drodze (o ile droga w ogole jest, o ile pasy w ogole sa) tarktowane sa jako niepotrzebna brytyjska pozostalosc ktora mozna, wrecz nalezy ignorowac, wreszcie gdzie 2 rolki papieru sa drozsze od obiadu w restauracji, gdzie spora ilosc mezczyzn przechadza sie na ulicach trzymajac uroczo kolegow za rece (bo nakazali swym kobietom zostac w domu, a teraz jednak brakuje im czyjejs bliskosci) i na stacjach metra wprowadzono odrebne, odpowiednio zaadresowane bramki bezpieczenstwa dla kobiet i dla mezczyn, wreszcie jezli chodzi o walute, Indie to kraj ktory na jeden nominal wypuscil zarowno monete jak i banknot, i gdzie jedna koszulka kosztuje 100 rupii, a tragujac sie i liczac na lepsza cene chcac kupic trzy sprzedawca oferuje laczna cene 450 rupii.

Oficjalnym sloganem reklamowym Indii jest zwrot: Incredible India! Tak, ten kraj nie przestanie nas zaskakiwac.

A jutro przyjezdza nasza droga Marta i zaczynamy kolejna czesc naszej wycieczki - wolontariat.

P8053186.jpgP8053187.jpgP8053188.jpgP8053193.jpg

Wysłane przez lauroo 05:29 Kategoria Indie Komentarze (0)

Szkola cierpliwosci, lekcja druga.

sunny 24 °C

Wreszcie dotarliśmy do Srinegaru, malowniczego miasta-ogrodu o licznych jeziorach, gdzie ludnosc (i turyści) w większości mieszka na unieruchomionych luksusowych (jak na Indie oczywiscie) barkach. Rownież i my szybko znalezlismy wygodna akomodacje, z ulga zakwaterowujac sie na lodce dowodzonej przez kaszmirskiego dziadka i jego potomkow.

Odsypiajac na wodzie, dopiero w dzien po przyjedzie wyszlismy do cywilizacji zwiedzac i ogladac miasto. Witamy w strajkujacych muzulmanow! Wyobrazcie sobie miasto, w ktorym nie ma ludzi, wszystkie sklepy i restauracje sa zamkniete, ulica przejedzie auto raz na 15 minut, wiekszosc zabytkow i slawnych parkow jest zamknieta na 4 spusty, od czasu do czasu minie nas policjant. To wlasnie Srinegar. Niewatpliwie bylo to ciekawe przezycie. Ale nielicznego turystow takich jak my traktowano z najwyszym szacunkiem. Ba, chcac dostac sie do jedynego otwartego i dosc odleglego ogrodu postanowilismy sprobowac szczescia i podjechac autostopem. Jak sie okazalo jazda eleganckim i wymuskanym samochodem rzadowym jest wygodnym srodkiem podwozki :)

Paradoksalnie byl to dla nas jeden z bardziej relaksujacych dni, a wieczorem po licznych perypetiach, nieslusznych obawach strajkow kierowcow autobusow wyruszuylismy w strone naszego ostatniego przystanku przesidkowego przed New Delhi, czyli obrzydliwego miasta Jammu.
Juz po przyjezdzie od razu wiedzielismy, ze jest to miasto, z ktorego chcemy wyjechechac juz teraz, jak najwczesniej! Prognozy byly obiceujace, bo przyjechalismy o 8 rano a juz o 16 mielismy pociag, ale i tym razem Indie nas nie zawiodly. Oczywiscie musielismy zostac dluzej :)
Po porannym snidaniu Bambi zaoferowal, ze poszuka kantoru i wymieni nam pieniadze, aby nie trzeba bylo latac z plecakami po tym smierdzacym miescie. Juz abstrahuje od tego ze w restauracji przez 2 h musialem sluchac wlaczonego na pelny regulator telewizora z indyjskimi filmami klasy D czy Z ale Bambusa jak nie bylo tak nie bylo. A co sie wydarzylo to pokrotce przedstawi sam nasz bohater:

Procedura wymiany pieniedzy w National Bank of India:
1. Siadam przy okienku dla obcokrajowcow chcacych wymienic pieniadze, obsluguje mnie mila pani w sari, otrzymuje formularz odnoscnie wszystkich mozliwych danych zawartych w paszporcie.
2. Uzupelniam i podpisuje.
3. Pani w okienku sprawdza zgodnosc danych ktore wpisalem do formularza z danymi ktore sa w paszporcie.
4. Uzupelniam odwrot formularza, gdzie wpisuje ilosc pieniedzy i rodzaj waluty, ktora chce wymienic, podpisuje.
5. Pani w okienku spisuje numer kazdego banknotu i zapisuje jego wartosc oraz sumuje je w tabelce.
6. Obok tego tworzy kolejna tabelke w ktorej sumuje banknoty kazdego nominalu (1x50, 1x20, 3x10) oraz po raz kolejny sumuje je wszystkie.
7. Wysiada prad, swiatla gasna, klimatyzacja przestaje dzialac.
8. Przechodze z formularzami, paszportem i banknotami do sasiedniego okienka.
9. Tam mily pan wpisuje wszystkie dane z formularzy do komputera.
10. Zacina sie system w komputerze, wszystkie dane sa wspisywane od nowa.
11. Wszstkie dane, ktore zostaly wpisane do komputera, wpisywane sa do oficjalnego zeszytu wymiany obcej waluty.
12. W osobnym programie pan liczy ile ma mi wydac pieniedzy i w jakich banknotach. Chce mi wydac w banknotach o wartosci 1000, ktorych jeszcze nie spotkalem w obiegu i z ktorymi bylby problem, prosze go by wydal mi w 500, okazuje sie ze nie ma, wiec dostaje 45 banknotow po 100rs.
13. Wychodze z banku, system pada, gasna swiatla.

Dodam jeszcze, ze kurs wymiany nie byl wcale korzystniejszy, sama procedura trwala ponad pol godziny a nie bylo w ogole kolejki przy okienkach. Znalezienie banku, czy tez jakiegokolwiek punktu wymiany pieniedzy zajelo mi w Jammu prawie dwie godziny. Bo nic sie nie zgadzalo z mapa, a kazdy mnie kierowal inaczej do banku.

Ostatnio bylo przegiecie w druga strone, wymienilismy pieniadze w supermarkecie, pytalismy sie o kierunek do najblizszego kantoru i nikt nie znal angielskiego, wiec kasjer nas zaprowadzil do meagera, ktory wskazal nam klienta w sklepie, ten zadzwonil po kurs wymiany (byl taki sam jak w banku), wyciagnal plik 500setnych banknotow z kieszeni i po prostu nam zamienil. Calosc trwala 3 minuty. Ot cale Indie.
No ale wrocmy na stacje kolejowa w Jammu, o czym juz Lauro opowie, bo to on mial przyjemnosc uczestniczyc w procedurze kupowania biletow, podczas gdy ja pilnowalem bagazy.

Nastepnie czas na zdaje sie rownie prosta czynnosc – kupowanie biletow pociagowych. Prosta? Przyjemna? Szybka? Nie w Indiach :) Na stacji 10 okienek biletowych do kazdego sznur ludzi na dwie godziny czekania, przepychania sie, klocenia, krzyczenia, denerwowania, walczenia. Moje proby odizolowani sie od rzeczywistosci polegajace na sluchaniu muzyki z odtwrzacza skonczyly sie na tym, ze zaciekawiony hindus wyciagnal mi sluchawki z uszu i wetknal do swoich. Sweet...
Wreszcie kupilem bilety, od odjazdu dzielilo nas jedynie 2h i zdawalo sie ze nic juz nie moze nas powstrzymac. Aleeee niee! Po przybyciu na pozal sie boze zatloczony, pelny much, szczurow (ktore ukradkiem zjadly nam ochoczo nasze ciastka na droge), odchodow, ludzi (ktorzy ukradkiem ukradli nam ochoczo nasze bulki na droge), krow, smrodu, zaduchu peron slyszymy zapoczatkowany przez melodie wlaczajacego sie Windowsa, a zapowiedziany przez uradowana kobiete komuniakat, ze pociag ma opoznienie. Jak na razie 'jedynie' 3h... Zdesperowani, nie wiedzac co poczac w tym totalnym balaganie porzucilismy w przechowalni bagaze i ucieklismy do miasta.

3h minely, odwiedzilismy lokalna swiatynie Kriszny, do ktorej podwiozla nas uradowana tym razem policja, zjedlismy, napoilismy sie, napocilismy sie i wracamy na stacje. Jedziemy ?? Niee. Pociag tym razem opozniony o kolejne 2h. Wycienczenonych, nawet juz nas specjalnie nie obchodzilo, ze po dwoch godzinach jeszcze przez 60 minut pani uprzejmie zapowiadala 'train arriving at the paltform' (najprawdopodobniej pociag widmo), lecz przed polnoca wreszcie odjechalismy do Delhi.

P8033113.jpgP8033114.jpgP8033117.jpgP8033120.jpgP8033121.jpgP8033130.jpgP8033132.jpgP8033133.jpgP8033139.jpgP8033142.jpgP8033146.jpgP8033147.jpgP8033148.jpgP8033150.jpgP8033152.jpgP8033154.jpgP8033156.jpgP8033158.jpgP8033161.jpgP8033162.jpgP8033163.jpgP8043170.jpgP8043172.jpgP8043174.jpgP8043177.jpg

Wysłane przez lauroo 04:28 Kategoria Indie Komentarze (0)

To nie jest kraj dla starych ludzi.

sunny 26 °C

P8023086.jpg

Niesamowicie sie ciesze z momentu opisywania tego dnia (ktory przeciagnal sie do dwoch dni), podczas ktorego przezylismy jak na razie jedna z bardziej szalonych przygod o szczesliwie szczesliwym koncu. Z Bambusem zawarlismy umowe (jako ze oboje bardzo sie emocjonowalismy mozliwoscia sprawozdania ponizszych wydarzen), ze ja skupie sie na prologu, przedstawie bohaterow naszej farsy i zawiaze akcje, zas naszemu drogiemu bialemu Murzynowi przypadnie exodus i katharsis.

A bylo to tak ... Wczoraj skonczylismy trekking, dzis jest nowy dzien wiec wykorzystajmy go pelni. Po porannej pobudce o 6:30 (to chyba to himalajskie powietrze, ktore stawia nas wypoczetych na nogi tak wczesnie) i pozywnym sniadaniu z jaj i tostow postanowilismy sie rodziedlic. Bambus wybral sie na widziana juz przeze mnie gompe (w sensie, ze taka buddyjska swiatynia) na wzgorzu. Fantastyczne miejsce – placi sie jakies grosze za wejscie a potem nikt juz sie turysta nie przejmuje. A ze gompa jest na skarpie i barierek nie ma, to zabic sie nie trudno. Ale kto by sie w Indiach przejmowal takimi szczegolami!
Ja natomiast zdobylem inny szczyt, na ktorym zbudowano stupe (w sensie, ze taki buddyjski monument) i z ktorego rozciagal sie zapierajacy dech w piersiach widok na nasze misteczko-oaze. Bylismy w pustynnej dolinie otoczonej 6-cio tysiecznikami i tylko dzieki polodowcowej rzece zrodzilo sie tu zycie i wybudowano Leh, ach niesmowite!
Kostruktywnie wykorzystujac przedpoludnie udalismy sie pozniej na stacje autobusowa, skad odjezdzal nasz autobus do Srinegaru w Kaszmirze (490km, czyli 15h drogi) i gdzie tak naprawde rozpoczely sie nasze przygody.
Zaczelo sie obiecujaco dobrze. Nasz rzadowy, lokalny autobus super-delux (Hindusi wychodza z zalozenia ze najproszte rozwiazania sa najlepsze. Czyli autobus super-deluxe rozni sie od semi-deluxe tylko NAPISEM, proste pawda ?? :) ) odjechal po raz pierwszy na czas (w rzeczywistosci 30 minut pozniej, lecz w Indiach to jest na czas, ba nawet przed czasem:)) i ekipa, z ktora podrozowalismy zdawala sie byc ciekawa. Przed nami siedzial lokalny biznesmen, ktorego glowna zaleta bylo opanowanie niezywklej, przez wielu zapomnianej albo w ogole niewyuczonej sztuki operowania plynnym jezykiem angielskim. Jego towarzyszem byl jednoreki bandyta a.k.a karzel a.k.a action-men czyli czlowiek ktory podczas pozniejszych wydarzen pakowal sie w sam srodek zdarzen oraz tlumu krzyczac i wymachujac reka (jedna bo tyle mial, i to bez kciuka, a druga zostala ucieta przez maszyne do pilowania drewna). Poza tym, siedzielismy obok 6 izraelczykow, ktorzy zapadna nam w pamiec jako ludzie bezproblemowi nieprzejmujacy sie zadna tragedia (hmm, moze to dlatego ze przez cala podroz i na wszystkich postojach palili haszysz ?? Nie, to chyba jednak nie to ... ). Poznalismy tez dwojke typowych, spokojnych japonczykow i cala zgraje dziesieciu hindusow (co ciekawe wszscy siedzieli w szoferce obok kierowcy. Indie jeszcze raz udowadniaja, ze upakowywanie masy ludzi na malej przestrzeni to ich specjalnosc).
Nie przedluzajac tej opwoiesci – wyjechalismy i jedziemy. Za oknem tradycyjnie moneumentalne, piekne widoki i 13h minelo szybko, sprawnie, wrecz bezproblemowo (pomijajac drobny fakt, ze o 3 w nocy zapsula sie cala elektryka w autobusie, wlacznie ze wszystkimi swiatlami. Ale nasza dzielna ekipa z szoferki poradzila sobie z tym problemem gladko po polgodzinnych sporach i dywagacjach o polityce). Jest 7 rano, do celu pozostalo nam ok 70km, czyli 2h jazdy. I tu zaczyna sie prawdziwa, niepowtarzalna jazda. Pierwsza godzina z boska pomoca rozmnozyla sie do 3h, natomiast ostatnia godzina az do 10 :)
Nagle w autobusie zabraklo nam paliwa. Naturalnie wszyscy jestesmy zdziwieni, a najbardziej kierowca. No kto by przypuszczal, ze w naszym super-deluxe autobusie moze sie ona kiedys skonczyc. Wydaje mi sie, ze udalo mi sie tez zglebic mysli kierowcy w danej chwili: przeciez to super-deluxe, tu benzyna sie nie konczy! Incredible India jeszcze raz. Na szczescie nasz dzielny kierowca byl takze wyznawca zasady: dopoki walczysz, jestes zwyciezca, co oznacza – dzwonimy po pomoc drogowa i czekamy. Teoretycznie juz po 3h, odholowani pojechalismy dalej, lecz jak sie za chwile okazalo bylo to o 3h czekania za dlugo...

A dlaczego, to juz opisze Bambus ...

Zaczelo sie dosc niewinnie, utknelismy w korku przed jakas wsia. Ze wzgledu na to ze stalismy na serpentynie nie znalismy powodu naszego postoju. Kierowca zgasil silnik. Co poniektorzy wyszli z autobusu (oczywiscie czteropalczasty bandyta wyskoczyl jak z procy i pobiegl obadac sytuacje. W tym momencie jescze nie wiedzialem ze bede musial przezyc caly dzien na herbatnikach. Kiedy wrocili nasi zwiadowcy, okazalo sie ze w nocy w tej miejscowosci zginelo 20 osob. Wyszlismy z autobusu. Nic na to nie wskazywalo, letni, rzeklbym nawet sielski dzien, ludzie chodzili i jezdzili po ulicach. A my stalismy przed wsia i nic sie nie dzialo. Kilka samochodow z korku pojechalo i w koncu i my ruszylismy. Jak sie pozniej okazalo, nieszczegolnie daleko zajechalismy, bo tylko do nastepnego zakretu. Podobno szla ku nam masa protestujacych. Ze wzgledu na to ze Indie to dosc zaludniony kraj nasze pojecie masy moglo sie troche roznic od pojecia masy w Indiach, wiec sie bezpiecznie usunelismy z autobusem na pobocze. Zaczalem wtedy rozmwiac z tym biznesmenem, ktory mial na imie bodajze Namil. Okzazalo sie ze protestujacymi jest ludnosc Kaszmiru (w wiekszosci mluzumanie) ktorzy niejako znajduja sie pod okupacja Indyjska, bo panowanie Indyjskie utwierdzily trzy wojny z Pakistanem. Mial byc plebiscyt, premier Nehru obiecywal, na slowach sie skonczylo. Indie nie odpuszcza tej prowincji, swiadczy o tym chociazby ilosc wojska zgromadzonego w tym rejonie, oraz strategiczne walory tego terenu, na ktory chrapke maja i Chiny i Pakistan. Wiec starzy Kaszmirczycy stajkuja, mlodzi biegaja z kijami i kamieniami, a wojsko indyjskie strzela ostra amunicja i tak jest wlasciwie co roku. Co jak nie trudno wywnioskowac nie prowadzi do niczego. Wlasciwie problem by nas nie dotyczyl, gdyby nie fakt, ze autobus ktorym jechalismy nalezal do rzadu indyjskiego. Wrocmy jednak do masy ludzi ktora sie do nas zblizala. Nie wygladali na szczegolnie zadowolonych. Dzieci byly najbardziej agresywne, starzy szli w milczeniu, a mlodziez cos tam pokrzykiwala. Podeszli do nas, nie bylo ich wiecej jak setka. Pokrzyczeli, pokrzyczeli i sie rozeszli. A my stalismy nadal, nie chcieli nas po prostu przepuscic przez wies. Nie powisili kierowcy na najblizszym drzewie:P Zaluje ze posluchalem jednorekiego i nie zrobilem im zdjec, bo Namil powiedzial mi ze nie ma problemu, wrecz przeciwnie, potrzebuja oni rozglosu, bo media indyjskie raczej niespecjalnie chwala sie zamieszkami i faktem, ze nie bardzo nad nimi panuja.

W przyplywie ciekawosci zabralem wiec Namila i poszlismy w strone centrum wsi, by zobaczyc co sie tam na prawde dzieje. Nie zaszlismy jednak daleko, bo natrafilismy na blokade policyjna. Podszedlem do oficera policji i zaczalem z nim rozmawiac. Z rozmowy wyniklo, ze jesli tylko bedzie jechal konwoj samochodow policyjnych to on go zatrzyma i bedziemy mogli sie dolaczyc i przejechac przez ta nieszczesna wies. Teraz tylko wystarczylo przekonac kierowce-patalacha by sie zapakowal do szoferki i odpalil ten wehikul. Troche czasu to zabralo, glowie dlatego ze jego komunikatywny angielski ograniczal sie do 'yes' oraz dlatego ze wyluzowani haszem izraelczycy nie widzeili potrzeby szybkiego znalezienia sie z powrotem na siedzeniach. Konwoj nadjechal i sie nie zatrzymywal, wsiadali w biegu, szczesliwie jednak dogonilismy policyjne samochody. Po paru zatrzymaniach dotarlismy do duzej blokady, ktorej nie sposob bylo juz przebyc. Zatrzymalismy sie na parkingu w poblizu, jak sie pozniej dowiedzielismy kwatery glownej policji J&K. Stalo tam juz pare samochodow, niektore od kilku godzin. Ktos nam rowniez powiedzial ze mozemy dostac w stolowce jedzenie za darmo. Wiec wyruszylismy, bo bylismy glodni, przeszlismy przez obozowisko namiotow i dotarlismy do stolowki. To byla mala namiastka Delhi, duzo much, smrodu, blota, indyjskiej muzyki i nawet bollywood lecial w TV a jedzenie, jak to darmowe jedzenie bylo niejadalne. Ryz byl tak ostry, ze nie mozna bylo poczuc jego smaku, nawet herbata indyjska, ktora czestowano nas niezadko za darmo i ktora byla zawsze dobra, musiala zostac przez nas grzecznie odlozona. Zapowiadalo sie dluzsze czekanie, wszyscy sie rozeszli. My postanowismy cos zdzialac, musielismy w koncu zdazyc po Marte, siedzenie w jakims syfnym obozie nie miescilo sie za bardzo w naszym planie, mielismy papiery o wolontariacie wiec poszlismy do policjantow pilnujacych bramy kwatery glownej, popytalismy sie tez innych po drodze i okazalo sie ze komandor wlasnie wracal z obiadu bialym jeepem (oczywiscie straznicy przy bramie zaprzeczyli temu, czasem jestem pod wrazeniem jak Indianie potrafia bezczelnie prosto w twarz klamac, z czym sie juz wielkrotnie spotkalismy, ale to inna historia) my jednak twardo zasiedlismy przed brama tak ze kazdy musial nas przepraszac zeby przejsc. Wkrotce przechodzil tez wyzszy stopniem oficer, z ktorym zamienilismy kilka zdan. Po polgodzinie czekania zostalismy wpuszczeni do srodka, a tam zabawilismy kilka godzin rozmawiajac z calym sztabem i kadra oficerska. Pokazalismy im zdjecia, opowiedzielismy o Polsce, wymienilismy sie adresami i zupelnie nie dalo sie poznac ze sytuacja jest krytyczna a na ulicach gina ludzie, zreszta pytalismy sie czy im nie przeszkadzamy, ale zapawniali nas kilkakrotnie ze tak nie jest. W ciagu tych paru godzin 6 oficerow nie zrobilo zpelnie nic konstruktywnego. W koncu udalo nam sie dotrzec do komendanta jednostki. Bardzo uprzejmie go poinformowalismy o naszych potrzebach, on rownie uprzejmie zapewnil nas ze nasze bezpieczenstwo jest najwazniejsze i nic nie moze zrobic w tej sprawie i ze pewnie dopiero za pare dni sytuacja sie uspokoi. Gdy wyszlismy z jego gabinetu nie zdazylismy jeszcze usiasc, gdy przybiegl chlopak z autobusu z wiadomoscia ze ruszamy, bo drogi sa przejezdne. Pobieglismy jak na skrzydlach. Ot cale Indie.

Mozna by jeszcze wspomniec, ze w drodze do Srinigaru, polecialo pare kamieni w nasz autobus i troche potlukli szyb, jeden Indianin z szoferki dostal w czerep i zakrwawiony wyladowal na moich kolanach, no ale nam nic sie nie stalo poza szklem we wlosach. Zreszta jestem przekonany o tym, ze nie bylo to zamierzone w turystow dzialanie, bowiem w samym Srinigarze nie spotkalismy sie nawet z najmniejszym przejawem wrogosci, wprost przeciwnie ludzie byli bardzo mili. Mielismy po prostu pecha ze bylismy w rzadowym autobusie.

P7302954.jpgP8023059.jpgP8023069.jpgP8023074.jpgP8023079.jpgP8023081.jpgP8023083.jpgP8023104.jpgP8023106.jpgP8023107.jpgP8023108.jpg

Wysłane przez lauroo 00:03 Kategoria Indie Komentarze (0)

Wrazenia z Leh i trekking

sunny 27 °C
Zobacz Incredible India! lauroo's na mapie.

P7302954.jpg

Jak pisal juz Laurencjusz, dotarlismy noca do Leh. Podroz byla bardzo dluga i meczaca, przez 18 godzin przejechalismy niecale 370km na tylnich siedzeniach, ktore przy uwzglednieniu stanu drog i podobnej przypadlosci kierowcy co ostatnio, zamienily sie w katapulty, ktore wyrzucaly nas w powietrze przy prawie kazdym wyboju. Jeszcze dodam od siebie, ze nie wierzylem, ze uda nam siê wyruszyc w ta podroz (biorac pod uwage zapal Indian do pracy), wiec jakiez bylo moje zdziwienie gdy Lauro przybiegl o 4.40 rano z biletami na godzine 5.. to bylo najszybsze pakowanie w moim zyciu:) jeszcze wiekszego zdziwienia doswiadczylem gdy zobaczylem naprawiona droga. Ona byla po prostu bardziej rozgrzebana niz poprzedniego dnia, co nie sprawilo wcale problemow naszemu niezniszczalnemu autobusowi. Zreszta jak sie okazalo przy pokonywania kolejnych kilometrow, ten sposob pokonywania rwacych gorskich rzek jest absolutnie na porzadku dziennym. To wszystko jednak sprawilo, ze Leh wydal mi sie rajem na ziemi. Mimo, ze wieczorem zaczelo kropic (slonce jest tutaj przez ponad 300 dni w roku, a jedyne opady sa w zimie) to miasto poprzecinane mnostwem bystrych gorskich potokow majacych swoje zrodla w lodowach, pelne zieleni, bez gor smieci, smierdzacych rynsztokow i odchodow na ulicach zdawalo sie najpieknieszym jakie widzalem do tej pory. Rano okazalo sie ze nocne wrazenia nie prysly niczym banka mydlana. Leh jest najladniejszym miastem jakie do tej pory zobaczylismy. Jest to opinia zgodna:) Wydeje mi sie tez, ze jesli bysmy przylecieli tutaj samolotem za bajonskie sumy, nie spodobalo by sie nam to miasto tak bardzo. Szkoda ze nie zostajemy tutaj dluzej, no ale musimy odebrac Marte:P

Na treking wybralismy sobie bardzo latwa trase, jak sie pozniej dowiedzielismy byla nawet okreslona mianem „baby trekking”, co nie zmienia faktu, ze uczynilismy ja bardziej przygodowa. Ale o tym za chwile. Pojechalismy o 9 rano lokalnym autobusem, wcisnieci w lokalne babury z twarzami pooranymi sloncem i wiatrem, ktore raz po raz spluwaly za okno z charknieciem przy ktorym nasi lokalni sportowcy wylewajacy sline na polskie chodniki zdawali sie w ogole nie stanowic konkurencji. W zwiazku z tym zapadla decyzja ze zamienimy nasze stojace miejsca 20x20 na siedzace miejsca na dachu. Jak sie okazalo znalezlismy bardzo wygodne siedziska miedzy worem cebuli a tobolami i kartonami tutejszych. Dzieki czemu mielismy nieograniczony dostep do niesamowitych widokow i swiezego powietrza, czego nam troche brakowalo.

Do rodzicow: Droga byla krotka i bardzo dobra, atobus jechal bardzo powoli a my posmarowalismy sie kremem, wiec jazda na dachu nie byla w zadnym wypadku niebezpieczna, biorac pod uwage ze duzo lokalsow zrobilo podobnie jak my.

Wkrotce tez znalezlismy sie w Likirze, miejscowosci w ktorej mielismy zaczac nasz treking. Nie wiem czemu oboje lecz calkiem od siebie niezaleznie, uleglismy przedswiadczeniu ze bedziemy sobie chodzic po lesie i ze bedzie cien, i bedzie bardzo przyjemnie. Okazalo sie jednak ze nasz treking biegnie przez pustynie. Cale szczescie wzielismy sobie duze zapasy wody. Jak sie pozniej rowniez okazalo, pustnia i strzeliste skalne szczyty przecinane sa swoistymi oazami, ktore zasilane sa krystalicznie czystymi, lodowatymi i rwacymi potokami, ktore maja swoje zrodlo w topniejacych lodowcach. Skad wiedzielismy ze woda jest czysta, lodowata i rwaca napisze za chwile. Bo znajomosc faktu, ze pochodzi ona z lodowcow zawdzieczalismy wypytaniu miejscowych. Nie mniej jednak zanlezlismy sie w pierwszej takiej oazie i idac wzdluz niej natrafilismy na gompe, czyli klasztor buddyjskich mnichow. Po zdobyciu wzgorza od frontu (pozniej zobaczylismy ze od drugiej strony prowadza don schody) znalezlismy sie na tylach klasztoru, gdzie stala potezna statua Buddy. Zaraz potem przeszlismy na dziedziniec i jak sie okazalo udalo nam sie trafic na moment gdy mnisi zbierali sie na modlitwe. Musze przyznac, ze spiewna modlitwa mnichow robi ogromne wrazenie. Szczegolnie gdy polszeptane mruczenie przerywane jest jazgotem trab, dudnieniem bebnow i jeszcze paru instrumentow perkusyskych od ktorych drzy caly klasztor i to calkiem z nienacka. Po polsileniu sie w lokalnym domu bardzo dobrym ryzem z curry i warzywami do ktorego podala nam gospodyni przepyszna masala tea (tak nawiasem mowiac nie jadlem rownie dobrego posilku w Indiach) przemoglismy w sobie chec polozenia sie na wygodnych matach i uciecia sobie malej drzemki i ruszylismy dalej. Po kilku godzinach przedzierania sie przez pustynno skalne odcinki, gdzie kilkakrotnie mijalismy modlitewne mury, ktore nalezy obchodzic zawsze majac je po prawej stronie, a ktore zawieraja w sobie modlitwy naskrobane na plaskich kamieniach, trafilismy do kolejnej doliny. Na samym jej poczatku zostalismy ugoszczeni w jurcie, gdzie podano nam bardzo dobra herbate, znajdowal sie tam rowniez fantastyczny sloneczny grill:) Smak herbaty popsul nam odrobine fakt, ze okazalo sie ze most ktorym mielismy sie przeprawic na druga strone zostal zerwany i musimy isc w gore rzeki by szukac jakiejs przeprawy. Nie musielismy dlugo czekac, znalezlismy takowe i nawet spotkalismy tam kilku lokalsow i mlode malzenstwo z Anglii. I wszystko byloby pieknie, gdyby nie fakt, ze calosc przeprawy stanowily cztery sliskie rurki wodociagowe o srednicy 10cm przymocowane do kamieni na brzegach, ktore czesciowo znajdowaly sie pod woda. Zapadla chwila konsternacji, kolejne przejscie przez rzeke bylo mostem drogowym, do ktorego byly cztery godziny drogi a bylo juz w okolicach 18 i mielismy dwie godziny do zmierzchu, ktory by nam byl bardzo nie na reke, bo robi sie wtedy momentalnie ciemno i zimno. Zobaczylismy wtedy ze lokalni przechodza tym 'mostem' calkiem bezproblemowo. Chwile pozniej nasze buty ze skarpetkami ladowaly na sasiednim brzegu, dokumenty i pieniadze ladowaly w wodoodpornych torebkach a my wyladowalismy na sliskich rurkach w lodowatej wodzie. Odbylo sie to bez strat w ludziach, jednak Anglicy zdecydowali sie na obejscie potoku. Inna sprawa, ze nie widzielismy ich pozniej w najbizszej stacji noclegowej do ktorej zmierzalismy. Moze przenocowali sie w namiocie ktorego my nie mielismy, a moze wrocili sie do poprzedniej miejscowosci. Nie wiem. My jednak podazylismy dalej. W blasku zachodzacego slonca, zmeczeni, dotarlismy na wzgorze z ktorego ujrzelismy rozposcierajaca sie w dolinie oaze. Soczystozielone zboze przedzielone bylo niskimi murkami z wypalanej na sloncu blotnej cegly oraz licznymi kanalami z gorska woda. Gdzieniegdzie widac bylo plaskie dachy przysadzistych domow. Byl to widok niezmiernie kojacy nasze zmysly. Bylo to Yangtang, nasz pierwszy nocleg.

Mieszkalismy w dwupietrowym domku zbudowanym z suszonych na sloncu blotnych cegiel i drewnianych bali. Gdyby spadl na niego deszcz to by sie po prostu rozpuscil, ale jak sie okazalo deszcz tam nie padal:) A zjedlismy bardzo dobry ryz ze szpinakiem i soczewica, z dokladkami:)

Jesli nie wspomnialem o tym ze Indianie maja dosc mgliste pojecie o szacowaniu odleglosci i czasu oraz pieniedzy, to mowie o tym teraz i bede o tym pisal za kazdym razem. Wedlug miejscowego przewodnika, ktorego spotkalismy w naszej chatce, trasa na kolejny dzien miala zajac 8-9 godzin i z obawy na transport powrotny wyruszylismy jak najwczesniej, pomijajac odwiedziny w jednej z gomp. Jak sie okazalo byly to obawy zupelnie nieuzasadnione, bo po niecalych 6 godzinach bylo juz po calym trekingu i schodzilismy szosa do najblizszej miejscowosci w poszukiwaniu transportu. Ona z kolei na mapie wygladala na nie wiecej niz 2km i byla z gorki, a szlismy nia prawie dwie godziny, z czego ostatni odcinek pokonalismy autostopem, ktory nas zawiozl prawie ze na miejsce, skad niewiarygodnym szczesciem wsiedlismy prosto do lokalnego autobusu i scisnieci delektowalismy sie pylem, potem i pijanym hindusem (po raz pierwszy widzimy takie zjawisko) przez ponad dwie godziny:)

Meczaca droga zostala wynagrodzona, znowu lutem szczescia znalezlismy super hotelik, funkielnowke, gdzie bylismy trzecimi goscmi, a cena zostala ze starego hostelu, czyli bardzo niska:)

A mi sie udalo zjesc w koncu mieso:) w postaci pysznego szaszlyka:D

P.S. Caly czas nie mamy zasiegu, a internet jest bardzo powolny wiec zdjecia wrzucimy pewnie dopiero w Delhi, a jest ich sporo:D

P7292792.jpgP7292797.jpgP7292801.jpgP7292808.jpgP7292810.jpgP7292813.jpgP7292815.jpgP7292816.jpgP7292836.jpgP7292843.jpgP7302888.jpgP7302889.jpgP7302895.jpgP7302891.jpgP7302897.jpgP7302908.jpgP7302917.jpgP7302921.jpgP7302923.jpgP7302927.jpgP7302928.jpgP7302931.jpgP7302938.jpgP7302940.jpgP7302941.jpgP7302943.jpgP7302944.jpgP7302945.jpgP7302951.jpgP7302959.jpgP7312967.jpgP7312975.jpgP7312976.jpgP7312981.jpgP7312986.jpgP7312987.jpgP7312988.jpgP7312989.jpgP7312993.jpgP7312995.jpgP7312997.jpgP7313001.jpgP7313003.jpgP7313011.jpgP7313013.jpgP7313017.jpg

Wysłane przez lauroo 08:08 Kategoria Indie Komentarze (0)

(Wpisy 6 - 10 z 14) « Strona 1 [2] 3 »